Gry mobilne dla dzieci - w czym tkwi haczyk? - Fundacja Orange

Otwórz / zamknij menu mobilne

Menu główne

Wyszukiwarka

Gry mobilne dla dzieci - w czym tkwi haczyk?

Gry mobilne dla dzieci - w czym tkwi haczyk?

Chciałam dziś napisać kilka słów o graniu na telefonie i dzieciach. Ile razy ten temat był przerabiany w gronie rodziców… I zazwyczaj towarzyszy temu, któraś z tych wypowiedzi: „no tak wiem, że to nie najlepiej, ale …”, „u nas stanowczo ograniczamy…”, „robię, co mogę, żeby tyle nie grał, ale…”. No właśnie – w czym tkwi haczyk?

Galeria zdjęć

Zanim przejdę do dalszych refleksji, chciałam zastrzec, że całkowicie zgadzam się z tezą, że spędzanie zbyt dużo czasu z telefonem jest dla dzieci szkodliwe oraz, że moje poniższe przemyślenia dotyczą dzieci w wieku 7-10.

Zaczynajmy.

Moje dzieci grają na telefonie. Trochę, około 20 minut dziennie. Biegają też na dworze, chodzą na dodatkowe zajęcia, rysują, malują, nudzą się i z tych nudów wymyślają najfajniejsze zabawy. Zdarza się też, że tylko marudzą i marudzą (przede wszystkim, że chciałyby pograć więcej), co powoduje, że jako osoba pracująca dużo w domu, mam ochotę zrobić wszystko, żeby tylko na chwilę przestały. I czasami ulegam („dobrze możesz jeszcze pograć, ale tylko 10 minut”). Założę się, że w wielu rodzinach ta sytuacja wygląda podobnie.

Oczywiście, kiedy podejmowałam decyzję o kupnie dla nich telefonów (czasami wyjeżdżam, musimy być w kontakcie), w głowie miałam myśli o dzisiejszych fantastycznych aplikacjach edukacyjnych, które na pewno pomogą im w szkole lub uczynią naukę ciekawszą. Rzecz jasna, w pewnym stopniu to prawda. Bardzo prosta aplikacja do nauki tabliczki mnożenia, w pewnym momencie po prostu uratowała moją córkę, która ma pamięć wzrokową i powtarzanie na głos formułek było dla nas drogą przez męki. Dwa dni z aplikacją sprawiły, że usłyszałam „siedem razy sześć? to był niebieskie tak? czterdzieści dwa!” (aplikacja wyświetlała w różnych kolorach mnożenie przez siedem, osiem, itd.). Użytecznych aplikacji jest dużo, coraz więcej, a nasza rola jako rodziców na pewno obejmuje wyszukiwanie i podrzucanie naszym pociechom tych najlepszych. Jednak dzisiaj chciałam zwrócić uwagę na inny pozytywny aspekt „nowych technologii” w życiu rodziny – dla mnie zaskakujący, choć może dla wielu z Państwa znany od dawna.

Niezależnie od moich początkowych (i zarazem ambitnych) założeń, na telefonach obu moich córek znalazło się kilka gier, którym nie można przypisać żadnego aspektu edukacyjnego. No, może bardzo naciągając, mogę powiedzieć, że są po angielsku, więc w jakimś dłuższym wymiarze czasowym przyczynią do poszerzenia angielskiego słownictwa. Ale czy naprawdę? Moja młodsza córka czyta w ograniczonym zakresie, a patrząc jak gra, widzę, że nawet nie stara się przeczytać, zrozumieć pojawiających się komunikatów. Po prostu klika, a w jakiś przedziwny sposób (przedziwny dla mnie) idzie jej całkiem nieźle i metodą prób i błędów udaje jej się przechodzić kolejne etapy w grze. Zazwyczaj staram się po prostu wiedzieć w co gra, aby móc wkroczyć, jeśli z jakiś względów uznam grę za szkodliwą. Jednak ostatnio odkryłam inną perspektywę patrzenia na te zabawy. Mimo, że osobiście nie uważam hodowania tęczowych smoków za bardzo pociągające, zdecydowałam się usiąść z moimi córkami i zagrać razem z nimi, podejmując takie właśnie wyzwanie. Oczywiście na początku poprosiłam, żeby mi wytłumaczyły, o co chodzi i co powinnam robić. Jakie były podekscytowane, pokrzykując na mnie „Mamo, nie tak! Tu musisz kliknąć. Daj, pokażę ci”. No i siedziałyśmy sobie i porównywałyśmy swoje smoki. Myślę, że odwrócenie ról (to one były ekspertkami i mnie uczyły) było niezwykle cenne dla budowania naszych relacji. A jak spodobał im się ten mały rytuał, te 15 minut wspólnego siedzenia na kanapie i hodowania smoków (a potem i innych wyzwań, jak walki z kosmicznymi wężami, czy innymi paskudami). Bardzo szybko okazało się też, że korzystając z tego, że rozumiem pojawiające się angielskie komunikaty, mogę odkryć możliwości gier, o których moje dziewczyny nie miały pojęcia. I wtedy sytuacja, przynajmniej na chwilę się odwracała: „Mamo, pokaż! Jak ty to zrobiłaś?” Zdobywałam punkty uznania w ich własnym świecie, wyszłam z pozycji sekundanta odliczającego minuty pozostałe do końca zabawy. Stałam się sprzymierzeńcem. I kumplem. Mamy też dodatkowe tematy do rozmowy, mogę z przekonaniem powiedzieć „Ekstra, fajnie, że ci się udało”, kiedy usłyszę o kolejnym pokonanym poziomie gry. Oczywiście nie oznacza to wcale, że zniknęły problemy z graniem, w pewnym okresie nawet się nasiliły, gdy dzieci miały nadzieję, że może uda się wydłużyć czas wspólnego grania. Z taką samą częstotliwością słyszę „Mamo, mogę pograć?” i z taką samą częstotliwością myślę „Może pozwolić? Byłaby chwila spokoju”.

Nie ma tu żadnych rewolucyjnych treści, jednak dla mnie bardzo cenne było odkrycie tak banalnie prostej „tylnej furtki”, żeby się wśliznąć do właśnie powstającego świata moich dzieci. Muszę to robić szybko, bo już wkrótce przestaną mnie potrzebować, jako stróża i opiekunki (albo tak im się będzie wydawało), ale jeśli mi się uda, to być może będą nadal będą chciały mnie widzieć, jako towarzyszkę dobrej zabawy.

* * *

Autorem tekstu jest Anna Mierzecka, doktor nauk humanistycznych, informatolog, adiunkt w Instytucie Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu badawczego Centrum Cyfrowego: Projekt Polska.

Komentarze

Obrazek zabezpieczający przed spamem Jeśli nie możesz przeczytać kodu, kliknij tu.
Zachęcamy do bezpośredniego kontaktu poprzez formularz kontaktowy

Brak komentarzy